Życie przed oczami

„Życie może się czasem zmienić w jednej krótkiej chwili.Ta chwila może potem trwać całe życie.”

To hasło promujące film „Życie przed oczami”. Jest cholernie trafione. Nie przypominam sobie innego, które tak dobrze odzwierciedliłoby akcję filmu, klimat oraz to co nieuchwytne.

Sama wiele razy mijałam ten film. Obejrzałam go i teraz wiem, że nigdy go nie zapomnę. Seans się skończył, a ja nadal się kołyszę, a moje myśli odpływają …

To nie jest film wywołujący łzy. Nie jest nawet smutny. Jest okrutnie prawdziwy…  i w tym tkwi jego tajemnica.

Wyobraź sobie, że musisz podjąć decyzję. Brzemienną w skutki. Nie ważne, jak bardzo jesteś sparaliżowana lękiem – musisz. Musisz wziąć na siebie odpowiedzialność. Musisz wybrać, czyje życie jest ważniejsze. Twoje czy Twojej przyjaciółki?

– Mamo, co to jest sumienie? – pyta Emma, córeczka głównej bohaterki.

Sumienie. Drogowskaz czy przekleństwo? Słowo pojawiające się w filmie wielokrotnie. Niby mimochodem, ale jednak w określonym celu.

Lubię takie filmy. To jest sztuka. Przemawiają do nas nie tylko postacie. Wizje, jakie stawia przed nami Paweł Edelman (znany m.in. z Pianisty, Katynia czy Rzezi) zadziwiają przepięknym obrazem i mistycznością.  W magiczny sposób łączona jest teraźniejszość z ??? (nie powiem z czym, żeby nie psuć Wam zabawy). Widz gubi się na kilka sekund.

A koniec filmu przynosi ogromne zaskoczenie i (znowu) poczucie zagubienia.

„Życie przed oczami” to film, który po wyjściu z kina wyłączeniu tv) jeszcze długo błąka się po naszych szarych komórkach.

Jestem zadziwiona, zamyślona i zadowolona.

Polecam!

Wszystkiemu winien Żulczyk…

Wszystkiemu winien jest Żulczyk. Jakub Żulczyk, uściślając.
Cholera jasna.
Obejrzałam kiedyś trailer jego książki pt „Instytut” o kilku osobach zamkniętych w mieszkaniu, w pewnej krakowskiej kamienicy.
– Przeczytam – pomyślałam – przynajmniej spróbuję.
Trailer thillera wyglądał zachęcająco strasznie. Znaczy się krzyczał: zobacz i bój się.
Zachciałam więc przeczytać i zobaczyć, czy mój ulubiony gatunek telewizyjny może zostać zachęcająco przedstawiony także w książce, czy słowa wystarczająco pobudzą moją wyobraźnię. Odwiedziłam kilka księgarni sieciowych, książki nie znalazłam, zniechęciłam się. Później przeczytałam jakąś recenzję, że zakończenie „Instytutu” jest beznadziejne.
Uznałam więc, że szkoda mojego czasu na lekturę. Aż do wczoraj. Droga Poznań – Warszawa dłużyła się niesamowicie. Znudzona przeglądałam kolorową babską gazetę. No nie wiem. Może za mało we mnie pierwiastków damskich, może czepliwa jestem, a może oczekuję od życia zbyt dużo, może wybrałam złą gazetę. Nie mogłam się skupić.
W drogę powrotną postanowiłam zabrać ze sobą jakąś książkę. Zajrzałam do księgarni.

– Jest Instytut  Żulczyka? – spytałam automatycznie, licząc na odmowę..
– Jest.
Wsiadałam więc do pociągu z czarną książką w dłoni.
Zaczęłam czytać jeszcze w Warszawie centralnej. Nie wiem tylko, czy wsiadłam do pociągu, czy do samolotu. Trzy godziny minęły błyskawicznie. A ja siedziałam uwięziona w krakowskim mieszkaniu, głodna, zmęczona, z przekrwionymi oczami. Mój umysł pracował na zwiększonych obrotach, by nie dać się zaskoczyć Żulczykowi, by rozwiązać zagadkę przed nim.
Mniej więcej na wysokości Poznań – Antoninek z krwawiącego napastnika Agnieszka i jej znajomi ściągnęli kominiarkę. Boże!
– Zaraz wysiadamy! – szepnął Joker, a ja podskoczyłam na pół metra w górę.
Spojrzałam za okno. Nie wiem kiedy ktoś zgasił słońce, i przykrył świat ciemną zasłoną. Wiem, że gdybym była sama w pociągu, nigdy bym z niego nie wyszła. PO pierwsze dlatego, że nie oderwałabym się od książki. Wysiadłabym dopiero w Berlinie, zastanawiając się dlaczego nie jechaliśmy przez Poznań. Po drugie i wstydliwe, dlatego, że bałabym się wysiąść. Otaczali mnie zwariowani degeneraci. Oni byli wszędzie. Nie wiadomo było, z której strony może przyjść cios.
Nie, nie, nie wybrałam przecenionego przedziału, dla degeneratów. Oni byli w mojej głowie. Dlatego, wiedziałam, że jeśli ruszę się, to Oni pójdą za mną.
Na szczęście Joker trzeźwo stąpał po ziemii i zawiózł nas do domu.
Rano po śniadaniu wróciłam do Instytutu. Czterdzieści minut później odłożyłam czarną książkę na stół. Przeczytałam. Również zakończenie.
I wiecie co? Nie cierpię głównej bohaterki. Nie cierpię kamienic. Nie cierpię tego zakończenia. Dobre było!
Aaaa, i nie cierpię tego Żulczyka! Miałam po obiedzie wykorzystać promocję Multikina i pójść do kina na dwa filmy. Ale żaden film nie może przebić takiej książki… dlatego zostaję w domu. Skończyłam czytać, ale nadal przeżywam… I polecam 😉